Zdarza się ostatnio, że zbieram znajomych, faceta od pachę i ciupiemy całą noc w planszówki. Taka sytuacja miała miejsce również nie tak dawno temu. Wyszperałam więc swoje planszówki i mają w myśli pożyczenie jeszcze czegoś wyruszyłam na nocne granie.
Oczywiście z pożyczania nic nie wyszło.
Zaczęliśmy więc od 51. Stanu. Kto grał ten wie. Proste do nauczenia, barwne, śmieszne czasami i z możliwością robienia komb. Kolejna osoba została zarażona pasją do tej gry. Wniosek z tego prostu - podobało się i to bardzo.
Kolejny poszedł Jungle Speed, tak dla odprężenia szarych komórek. Potem dodatek. Połamane pazurki, podrapane dłonie i latający totem, to cała prawda o tej grze. Jak zawsze kupa zabawy, śmiechu i "technika żółwia". Co prawda nie jest to gra na całą noc, za to świetnie się sprawdza na imprezach.
Potem to już tylko kolejna partyjka 51-szego i każdy wrócił do siebie. Choć gier nie było dużo i były raczej mało wymagające, to zleciało nam szybciutko 8 godzin. W co zagramy następnym razem? Na pewno w coś ciekawego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz